Prawa rodzicilskie emigrantów! Gdzie jest sprawiedliwość?!
Wpisano: lipiec 24, 2010 at 12:40 przed południem | Tagi: Prawa rodzicielskie emigrantówDwa lata temu poznałam “wspaniałego” mezczyzne. Dużo starszego, przez co wydawało mi sie bardziej dojżałego…Zmarł w Polsce mój Tata, straciłam pracę, bo firma “szła” do bankructwa, a miesiąc potem zaszłam w ciążę. W między czasie, zanim wiedziałam, że jestem w ciąży mój przyjaciel zaoferował mi sponsorowanie na wizę pracowniczą, która własnie traciłam. Przyszły “tatuś” mnie zostawił na lodzie 4 dni po tym jak o mały włos nie straciłam dzidzi i informując mnie,że powinnam szukać jakiejś pracy, bo on nie ma zamiaru mnie utrzymywać…ale to dopiero początek… Dostałam „blue letter” z emigration, na który odpowiedziałam “niepełnie”, bo nie miałam wystarcząjaco dużo „dowodów”, że jestem wykwalifikowanym pracownikiem w odpowiedniej firmie (mimo, że odpowiedź powinnam dostać do czerwca ubiegłego roku, po dziś dzień cisza, co w sumie jest mi teraz na rękę).
„tatuś” przypomniał sobie o mnie, kiedy byłam 6 miesiecy w ciąży, “myślałam”, że zrozumiał…cóż, moja ciąża była zagrożona i nie chciałam z nim współżyc…znowu mnie zostawił pod pretekstem, ze jestem „wybuchowa”… No więc pracowałam sobie dalej na „czarno”, żeby móc się jakoś przygotować na wyjazd po urodzeniu dziecka do Europy… mijały tygodnie i „tatuś” znowu sobie przypomniał…zaoferował pomoc i puste slowa zapewnieniał, ze bardzo chce żebysmy znowu byli razem i zbudowali cos od podstaw… uwierzyłam. Wprowadziłam sie do jego domu 5 dni przed urodzeniem dziecka, 5 dni później powiedział, że powinnam znaleźć pracę i mieszkanie, bo on zdecydował sie wrócić do swojej bylej. Zrobiłam dziecku pasport i postanowiłam wyjechać do mojej mamy. Pojawiła się jego mamusia i reszta rodzinki… Wyjazd został wstrzymany, a on obiecał poprawę. Mijał czas, a on jednego dnia był idealnym mężczyzną, nastepnego znowu pokazywał prawdziwe oblicze… „Mamusia(była-niedoszła teściowa) powstrzymywala mnie od wyprowadzki… 10 stycznia, niedziela wieczór, dowiedziałam sie, ze jestem nikim (po raz kolejny) i powinnam siedzieć cicho, bo mam wiecej do stracenia, że „tatuś” jest doktorem i moge szybciutko opuściś ten kraj bez dziecka. Nie wytrzymałam, uderzyłam go, on rzucil mnie na podłoge, dusił i okladał, aż jego 13-letni syn sciągnał go ze mnie. Zabrałam moje dziecko, zamknełam się w samochodzie, zadzwoniłam po jego mame (której ufałam bezgranicznie, bardziej niż własnej mamie) i po policje… “Mamusia” zabrała mnie do siebie, teraz wiem, że było to tylko po to, żebym nie zrobiła raportu, siniaki (bez obdukcji) utrzymywały się przez kilka dluuuugich dni…oczywiscie nie powiedziałam nikomu, bo przecież to wstyd i nie powinnam sie żalić, skoro mam step-mommy…
Mijały kolejne tygodnie i wszyscy widzieli nas jako idealna rodzinę, obiadki, wypady do kina, krótko: „pokazówka”… Aż wywęszyłam, ze „tatus” jest biseksualny (oczywiście on to neguje, bo tak nie przystoi Żydowi-doktorowi)… “Mamuśka” dalej mnie „wspierała”(przekupowała), zakupy, wspólne wypady i utwierdzanie mnie, że ja jestem super i tak powinnam dalej trzymać, a on jest idiotą… Przyszedł dlugi, majowy weekend… Super niedziela na plaży, rozmowa o małżenstwie, kupnie większego auta, przyszłości naszych dzieci (!) i…następny dzien 180 stopni odwrotny! Przyszedł do mnie rano, do mojej sypialni (przeszkadzał mu dziecka płacz, więc wyprowadziłam sie do drugiej), oznajmił, że nie zamierza kupić auta i tym bardziej sie ze mna ożenić… kilka godzin pózniej zobaczyłam wiadomość od jego „partnera” w biznesie (geja): „xoxo”(kisses and hugs)… nie wytrzymałam! Wrociliśmy do domu, gdzie czekała już „mamusia”, która od progu zaczęła się na niego wydzierać, że powinien pomysleć o dzieciach, że powinnien sie ze mna ożenic. Oh! Bylo tego troche… On starajac sie uciec przed nami, chciał mnie udeżyć, uderzył dziecko, które trzymałam na ręku – blokujac jego w aucie (covertable). Odwróciłam sie lekko i złapalam go za koszulkę wrzeszczac, że uderzył malenstwo…nie reagowal tylko dalej nas okladał…uciekł…wrócił z policja, żeby wyrzucic nas z domu.W miedzy czasie, w nerwach zlapałam jego laptop i rozbiłam w miazge!
Przy policjancie spytałam „mamusie” czy uderzył dziecko…potwierdzila. Policjant poinformował nas, że musi aresztawać nas wszytskich i zabrać dziecko w takiej sytuacji… przestarszyłam sie, że zostanę deportowana, a dziecko zostanie tu. Odmowilam zeznan… „mamusia” została ze mna w domu, on musial odjechac…
Zostałam sama, niunka juz szła spać po kąpieli, w tym momecie zobaczyłam, że ma opuchliznę z odrobiną krwi na nosku (natępnego dnia z tej strony, gdzie bylo znamie zobaczylam wydzieline zaschnietej krwi wychodzacej z noska). Zadzwoniłam do kolezanki, która nakłoniła mnie, żebym poinformowala policje jak najszybciej i ze nie powinnam sie bac, bo nie moga mnie deportować. Tak też zrobiłam. Przyjechał detektyw, zobaczyl mala (w miedzyczasie sprawdzil, czy mam wylaczony telefon i czy nie ma zadnych „nagrywajacych”uzadzen), powiedzial mi, ze powinnam isc do sadu rodzinnego… Tak tez zrobilam nastepnego poranka…
Natychmiastowo dostalysmy „order of protection”. Zadzownilam do „mamusi”… Kiedy wieczorem pojawil sie w domu na 3 minuty zadzwonilam po policje, zeby przekazali mu order zblizania sie do nas i domu. Przyjechał ten sam detektyw, co wziął moje zeznania, co dziwne, zaczął “tatusiowi” mówić, ze ja jestem nienormalna…Miesiac potem okazało sie, ze raprt, ktory napisal zawiera kłamstwo i nie ma nawet zmianki o tym, co naprawdę zaszło! Zostala dodana korekta.
„mamusia” dzwonila i pisala smsy… ponad tydzien pozniej pojawila sie w piatkowy poranek i poinformowala mnie, ze cala rodzina jej nie znosi, ze trzyma moja sprawe, ze starala sie wytlumaczyc wszystkim, co sie stalo… potem oznajmila mi, ze w sumie to ona nie widziala, czy on udezyl dziecko czy nie, no i ze powinnam opuscic dom, bo przeciez on z synem nie moze mieszkac w hotelu, a ja mam oferte pracy w Pensylwani i ze on i tak nie bedzie mnie szukal. Pojechalam do sadu i dostalam informacje, ze moge wyjechac… Tak tez zrobilam. 430 mill, poczulam ulge. Mialam miec prace i samotny ojcice wydawal sie naprawde sympatyczny… Niestey, on oczekiwal czegos wiecej…. Postanowilam uciec jak najszybciej. Zadzwonilam na hot line domestic valience… Dostalam informacje, ze moga zaopiekowac sie dzieckiem, ale ja sama musze zatroszczyc sie o siebie. Poniewaz ucieklam w ochronie dziecka postanowilam znalezc inne rozwiazanie. Zadzwonilam do shelter i tam znalazlo sie dla nas miejsce… Udalo sie, wkoncu dotarlam na miejsce. Przyjeto mnie bardzo cieplo, poprosilam o konsultacje z psychologiem, poniewaz przez dlugi czas „tatus” i „mamusia” utwierdzali mnie w przekonaniu, ze jestem stuknieta… Po konsultacji okazalo sie, ze nic mi nie jest i ze to oni sa powodem mojego nastroju („tatus faszerowal mnie witaminkami na ustabilizowanie hormonow, ktore spowodowaly, ze chcialam zakonczyc swoj zywot). Minelo kilka tygodni i spotkalismy sie w sadzie, gdzie okazalo sie, ze zostalam oskarzona o porwanie dziecka (przypominam, ze w sadzie udzielono mi informacji, ze moge wyjechac), w zwiazku z czym „tatus” dostal widzenia(!) dwa razy w tygodniu, po piec godzin bez nadzoru… i tak oto mijaja tygodnie… odbieram glodne (!) dziecko, ktore przez kilka nastepnych godzin jest jakby nie moje… Ah! Zapomnialam dodac, ze „tatus” powinien oplacac ubezpieczenie i almenty na dziecko – oczywiscie unika i walczy o prawa (i pozbawienie mnie), bazujac na sytuacji, ze ja nie mam dochodu, stausu i warunkow dla dziecka… sprawa za tydzien o alimenty, a za dwa o utrzymanie „order of protection”…
No i wspanialy, dzisiejszy dzien… Spotkalam sie z „mamusia” na lunch… Pierwsza godzine oskarzala mnie, ze naklanialam ja do klamania w sadzie, ze on wcale nie udezyl dziecka, a ja klamie. Zorientowalam sie, ze nagrywa, kiedy zaczela klamac w wielu kwestiach… np.ze nie naklaniala mnie, zeby ojciec „tatusia” zrobil moje podatki, dzieki czemu moge dostac zwrot (oczywiscie nielagalnie, o czym dowiedzialam sie tydzien temu od moje adwokat do spraw emigracyjnych, ze siedze w „kupie gnoju”, bo takowy mi sie nie nalezy, w zwiazku z tym, ze jestem tu „legalnie-nielegalnie”).
Nasza rozmowa zakonczyla sie podsumowaniem (czytaj:grozba), ze „mamusia” ma czyste plecy, w zwiazku ze swoja praca, gdzie czesto musi zeznawac w sadzie, „tatus” jest lekarzem, a ja jestem nikim.
Podsumowujac… wierze w cuda! Wierzę, ze dobro zwycięży i sprawiedliwość będzie górą, a “tatuś” i “mamusia” dostaną po uszach!

Nie wiem jak reszta ale ja niezbyt przepadam za wstawaniem gdy na dworze ciemno. Kiedyś gdy zaczynałem prace o siódmej musiałem być już na nogach o 5.30 co przyprawiało mnie o złość tak poteżną, że przeważnie kończyło się to rzucaniem ciężkich słów…